4 listopada 2015 Zdrowie 0
ciąża

Kiedy szłam na medycynę nie miałam sprecyzowanych planów co do specjalizacji jaką wybiorę. Biologia i chemia zawsze mnie interesowała i byłam z nich dobra, leczenie ludzi wydawało mi się interesującym zajęciem, więc wybrałam medycynę, a o resztę miałam się martwić później. W trakcie studiów stwierdziłam jednak, że krojenie ludzi nie jest moim powołaniem, więc rozglądałam się za jakąż inną specjalizacją. Szkoła rodzenia nie jest tym jak ją prezentują. 

Szkoła rodzenia tylko dla ginekologa?

ciążaGinekolog wiąże się z położnictwem, ewentualnie jest szkoła rodzenia, często w Łodzi, ale to mnie nie interesowało. Kardiolog był za bardzo związany z chirurgią, więc tez go dorzuciłam. Poważnie rozważałam opcję ,,endokrynolog”. Zajmowanie się hormonami to było to czym mogłam się zajmować, mało inwazyjne i bezpieczne. Później jednak dowiedziałam się, że w mieście mamy dużo dobrym endokrynologów i ciężko mi będzie znaleźć pracę, a nie chciałam zaraz po studiach myśleć o przeprowadzce do innego miasta. Za to medycyna pracy była specjalizacją deficytową i mało kto chciał ją wybrać. Spełniała ona moje kryteria wyboru, więc postanowiłam zdecydować się na nią. Podczas specjalizacji nie było jeszcze źle. Podobało mi się, że medycyna pracy zajmuje się po trochu chorobami zakaźnymi, toksykologią, epidemiologią, profilaktyką i psychologią. Myślałam, że to fantastyczne, iż można pomagać ludziom pracy na wielu płaszczyznach przy jednej wizycie. Jednakowoż w pracy przyszło otrzeźwienie. Nie zajmowałam się ratowaniem życia ludzkiego, nikomu nie pomagałam, co najwyżej kierowałam ich na dodatkowe badania u innych specjalistów.

Moja praca polegała głównie na rozmowach z osobami potrzebującymi zaświadczenia, że mogą wykonywać dany zawód. Nie było w nim niczego interesującego. Wypełnianie papierków zajmowało mi więcej czasu, niż rozmowa z pacjentami, choć lepsze by było określenie klientami. Medycyna pracy to zło, ale mniejsze niż szkoła rodzenia w Łodzi.